This page is hosted for free by cba.pl, if you are owner of this page, you can remove this message and gain access to many additional features by upgrading your hosting to PRO or VIP for just 5.83 PLN.
Do you want to support owner of this site? Click here and donate to his account some amount, he will be able to use it to pay for any of our services, including removing this ad.
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl
 

POLSKI LINK - Polska Społeczność w Leeds, Yorkshire, Anglia.

Polskie Chrzescijanskie Spotkania w Leeds, w Anglii. Zapraszamy! www.polskilink.com.pl . POLISH CHRISTIAN FELLOWSHIP IN LEEDS.

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Start Zasady Wiary

Olśnienie

E-mail Print PDF

Olśnienie


Zdarzyło się to jednego ranka na przedwiośniu, w ty­powy w Polsce szary, mokry dzień przeplatający śnieg z de­sz­czem. Wła­śnie wróciłem do domu po odprawieniu po­rannej mszy, gdy zapukano do drzwi i do środka wszedł pe­wien woźnica. „Pojedzie ksiądz z wiatykiem? Czło­wiek kona,” poprosił. „Już jadę,” odparłem i poszedłem do kościoła po Prze­naj­święt­szy Sakrament i wszystko, co nie­zbęd­ne w tej sytuacji. Za kilka minut podskakiwałem już na niewygodnym sło­mia­nym siedzeniu chłopskiej furmanki. Gdy je­cha­li­ś­my ulica­mi miasteczka, furman dzwonił dzwonkiem, a lu­dzie klękali chy­ląc głowy przed Hostią, co było po­wszech­nym zwyczajem w kraju, gdzie większość sta­nowili ka­tolicy.

Zajechaliśmy przed chałupkę na skraju mia­s­te­cz­ka; wsze­d­łem do ubogo urządzonej izby, tak niskiej, iż musiałem schy­lić głowę, by nie uderzyć w su­fit. Musieli tu mie­szkać ba­r­dzo bie­d­ni ludzie. Pośrodku stało wie­lkie łoże, wy­sła­ne słomą miast ma­te­ra­ców i nakryte bia­łym prze­ście­ra­d­łem. Na nim le­żał ko­na­­ją­cy. Nie był stary; li­czył zda­je się 46 lat, ale wy­glą­dał na ba­r­dzo wy­cień­czo­ne­go – cho­ro­bą, mo­że bie­dą, ciężką pra­cą? Nie by­ło czasu na py­tania, spo­strze­g­łem bowiem, iż nie zo­stało mu wiele cza­su. Le­żał na ple­cach, wpa­trując się w su­fit sze­ro­ko otwartymi oczy­ma i cię­ż­ko dy­sząc. Trzeba się by­ło śpie­szyć z ostatnim na­ma­sz­cze­niem. Zacząłem do nie­go mó­wić, chcąc przy­go­to­wać go do spo­wie­dzi i udzie­lić mu roz­grze­sze­nia, ko­mu­nii i os­ta­­tniego na­masz­cze­nia. Prze­rwano mi je­d­nak. „Niech się ksiądz nie gniewa, ale on chyba nie słyszy. Jest nie­przy­tomny,” odezwała się żona. Stała opa­rta o ścia­nę i go­rz­ko pła­kała. „Cóż,” pomyślałem, „kobiecina może się mylić, słuch mu się tylko pogorszył”. Krzyknąłem mu pro­sto w ucho: „Przyszedł ksiądz! Przypomnij sobie grzechy i wyznaj mi!”

Nie drgnął, nawet nie ruszył głową. Widać stracił słuch. „Oczy otwarte... może widzi?” po­my­ś­la­łem. Pragnąc dotrzeć do jego duszy, zanim opu­ś­ci ten świat, i os­ta­tnim na­ma­sz­cze­niem zadbać o jej zbawienie, sta­ną­łem w no­gach łóżka na­prze­ciw głowy konającego, w na­dzie­i, że spo­j­rzy ku mnie i na wi­dok cza­rnej sutanny, białej ko­lo­rat­ki i stu­ły po­j­mie, że to os­ta­t­nia szansa na wy­zna­nie grze­chów i roz­grze­sze­nie. Cze­ka­łem, i cze­kałem, ale nie popatrzył; wi­dać stracił i wzrok. Po­sta­no­wi­łem spróbować przez zmysł do­ty­ku. Wyją­łem z torby mały kru­cy­fiks i lekko przy­ci­s­­ną­łem mu do ust, li­cząc, że cho­ry da znak, iż jest świa­dom, co się dzie­je, i uca­łu­je krzyż. Ale to nie na­stąpi­ło. Sprawa by­ła bez­na­dziejna. Sta­łem u ło­ża śmie­rci z ca­łą moją wła­dzą, z mocą zba­wiania dusz i otwie­ra­nia nie­bios – a nie mo­g­łem zro­bić nic. Wiedziałem co prawda ze stu­diów i za­le­ceń ko­ś­cio­ła, iż mo­gę udzie­lić roz­grze­sze­nia wa­­ru­n­ko­we­go, ma­ją­ce­go wa­ż­ność i bez spo­wie­dzi, ale pod wa­ru­n­kiem, że przed utra­tą świa­do­mo­ści cho­ry szcze­rze ża­ło­wał za grze­chy. Cóż je­d­nak, jeżeli nie ża­ło­wał? Teo­lo­go­wie orze­k­li­by, iż sam jest so­bie wi­nien. Jeśli zaś był w stanie grze­chu „śmie­r­tel­ne­go”, to ta­kie roz­grze­sze­nie wa­ru­n­kowe i tak by nie po­mo­g­ło, i czło­wiek ów po­szedłby do pie­k­ła. A przed tym chcia­łem go uchro­nić. Miałem dość kło­po­tów z własną du­szą i za nic w świe­cie nie chciałem od­po­wia­dać za po­tę­pie­nie bie­da­ka.

Stałem tak, przybity, choć wy­po­sa­żo­ny w ar­se­nał śro­d­ków, ja­kie posiada kościół, by ratować gi­nących. Oka­zały się nie­wy­sta­rczające, nie­pewne. Bezradnie pat­rzy­łem na wy­chu­dłą, zie­mi­s­tą twarz. Coś mnie ude­rzy­ło: usta się po­ru­sza­ły! Cią­gle. Czyż­by czło­wiek ten coś sze­p­tał? A jeśli tak, to co? Ze swe­go mie­jsca nie sły­sza­łem, do­pie­ro gdy pod­sze­d­łem, na­chy­li­łem się i wy­tę­ży­łem słuch, roz­po­zna­łem sło­wa: „Oj­cze, w Two­je rę­ce po­wie­rzam du­cha me­­go”. Sło­wa, któ­re na krzy­żu wy­po­wie­dział Pan Jezus, umie­ra­jąc za zba­wie­nie ka­ż­de­go, „kto w Nie­go wie­rzy”, by „nie zgi­nął, ale miał ży­cie wie­cz­ne” (J 3,16)! Ko­nając na krzyżu, od­da­wał Chry­s­tus ducha w mi­łu­ją­ce ręce Oj­ca, ze sło­wami tej mo­dlitwy: „Oj­­cze, w Two­je rę­ce po­­wie­rzam ducha moje­go”. Te­raz zaś ów czło­wiek, któ­ry nic już nie wi­dział i nie czuł, nie­­świa­do­my, w ago­nii, ga­s­ną­cym sze­p­tem po­wta­rzał: „Oj­cze, w Two­je rę­ce po­wie­rzam du­cha me­go”. Z tymi sło­wa­mi na us­tach umarł.

Kościół i jego obrzędy nie umiały ocalić je­go du­szy, lecz mi­mo wielkiej być może jej grze­sz­ności Pan dał mi prze­ko­nanie, iż człowiek ów nie po­trze­bu­je roz­grze­sze­nia, wa­run­ko­we­go ani bez­wa­ru­n­ko­we­go, nie po­trze­buje ry­tu­a­łów i sak­ra­me­n­tów, nie po­trze­buje do zba­wie­nia po­mocy kapła­na – bo zba­wi­ła go wiara w je­dynego pra­wdziwego Ka­p­ła­na i Zbaw­cę, Je­zu­sa Chry­s­tusa. Wia­ra ta mu­siała być obe­cna w je­go ży­ciu od da­w­na, w cię­ż­kim trudzie i w tej osta­t­niej cho­ro­bie, po­cie­sza­jąc go i po­krze­pia­jąc, tak że na­wet w ago­nii uf­na du­sza zdo­ła­ła prze­móc nie­świa­domość i mo­dlić się: „Oj­cze, w Twe rę­ce...”

To była najlepsza le­kcja teologii. U tego ło­ża śmie­r­ci Pan po­ka­zał mi, że zbawienie za­leży nie od lu­dz­kich wy­sił­ków, ry­tu­a­łów i dogmatów, ale od ofia­ry Je­zu­sa na krzy­żu i na­szej wia­ry w Niego, a przez Nie­go w Oj­ca w nie­bie. Już du­żo pó­ź­­niej, po na­wró­ce­niu, zna­la­złem w Biblii po­twie­r­dze­nie tej pra­w­dy: i w Sta­rym (Ha 2,4: „spra­wie­d­liwy z wia­ry żyć bę­dzie” [BW]), i w No­wym Te­s­ta­me­ncie (Rz 1,17: „...jak jest na­pi­sa­ne: a spra­wie­d­li­wy z wia­ry żyć będzie”). To ob­ja­wie­nie roz­bi­ło w dro­b­ny mak mą wia­rę w rzym­ski do­g­mat o au­to­ma­ty­cznej (ex ope­re ope­rato) mo­cy ry­tu­a­łów i sa­k­ra­me­ntów. Jakie to szczę­ś­cie, że zba­wienie na­sze nie za­leży od nie­pe­wnych i nie za­wsze da­ją­cych się za­sto­so­wać czyn­no­ś­ci, ale od mi­ło­sie­r­dzia Oj­ca, ja­kim ob­darzył nas w naj­wyższej ofie­rze swe­go umi­ło­wa­nego Sy­na.


Urywek ze świadectwa Romana Mazierskiego


Last Updated on Friday, 03 July 2015 08:03